środa, 28 lutego 2018

Subiektywne Wspomnienia z Mielna Pewnej Pani


PIĄTEK: JEDZIEMY


Wyjazd w piątek z DG o 4.30.
Czyli z mojego miasta muszę wyjechać przed 4 rano.
Nic to, w busie się wyśpię.

Bus.
Zaprzyjaźniamy się z klubem z sąsiedniego miasta.
Roznoszą napoje zazwyczaj serwowane po zachodzie słońca, a nie przed wschodem.
Prezes każe układać przyśpiewkę klubową na wzór amerykańskich żołnierzy.
Układamy.
Niektóre fragmenty są zdumiewające, reszta klubu się zdziwi.
Nic to, wyśpię się w Mielnie.



Coś słyszę, jak Prezes snuje plany, że mamy być jak gang motocyklowy.
Fajnie, od przyszłej wypłaty zbieram na Harleya.
Trochę mało bojowo będziemy wyglądać na zlotach motocyklowych w naszych czapkach z pomponami, ale nadrobimy gołymi torsami w zimie.

Przy każdym mijanym zbiorniku wodnym wszyscy krzyczą do kierowcy, żeby się zatrzymał.
Pierwszy raz w życiu podróżuję z normalnymi ludźmi!
Koleżanka M ma już pod ręką siekierę.
Dodatkowo domaga się, żeby Bałtyk był zamarznięty, bo chce go porąbać.

Postój gdzieś w Polsce, śniadanie w knajpie żywcem wyjętej z PRL-owskiego wesela.
Koleżanka M kupuje w GS-ie wyroby krośnieńskiej fabryki szkła.

PIĄTEK: U CELU


Na miejscu z koleżanką M rzucamy graty w pokoju i lecimy na Mielno.
Wracamy jeszcze szybciej, po ręczniki i kostiumy.
Słońce, Bałtyk i drewniane balie z gorącą wodą.
Kursujemy między morzem a baliami oszalałe ze szczęścia.
W balii nawiązujemy pierwsze międzyklubowe przyjaźnie.

Jak już się nacieszymy morsowaniem i ogrzewaniem, nadciąga plażą z Unieścia reszta klubu.
Z torbami, ręcznikami i co najdziwniejsze, z klubową flagą i ciągniętą na wózku po piasku piekielnie ciężką nogą do flagi.
Nieco zziajani.
Solidarnie z klubem powtarzamy od nowa rytuał biegania między falami Bałtyku a wrzątkiem.

Na plaży od rana trwają zawody sportowe rozmaitej natury, od biegów śniadaniowych do przeciągania liny, ponoć zdobywa się złote monety, ale nie ma kiedy się tym zająć.

PIĄTEK: ROZBICIE OBOZU


Klub odkrywa idealną lokalizację naszej miejscówki przy pomniku Morsa i głównym wejściu na plażę, więc od tej pory przez trzy dni nasz pokój jest pełen golasów, ręczników i suszących się gaci.
I różnych napojów.
Nikt nie ogarnia co kto pije i z którego naczynia, więc dla uproszczenia do końca imprezy wszyscy piją wszystko i ze wszystkiego.

Prezes daje się przekonać, żeby flagę wystawić na balkon, więc już nie musimy jej wszędzie taszczyć.
Noga i wózek stoją w pokoju, razem ze stosem neoprenów całego klubu.
Na szczęście znajdujemy w naszym apartamencie ukryty pokój gościnny.
Największy z nas nawet się tam zmieścił i da się dopchnąć drzwi kolanem.
Kuliści się chwalą, że mieszkają w muzeum PRL, ale nikt nie ma czasu ich odwiedzić.
Gdzie mieszka Prezes - nie wie nikt.

PIĄTEK: ROZPOZNANIE, ZWIAD, INTEGRACJA


Przy obiedzie klubowe dyskusje, obserwujemy wszystko i wszystkich, Prezes notuje, żeby za rok ze skromnego zwiadu przerodzić się w olśniewającą reprezentację.
Widzę tylko jeden problem, kolor czapeczki przy mojej naczynkowej cerze jest nieco niefortunny i to mi może przeszkodzić w olśniewaniu.

Zbieramy się na integracyjny bal, czyli robimy to samo co wcześniej, tylko w innym miejscu.
Pokazy kulinarne, załapujemy się na zupę rybną i tortille.
Pojawia się szansa na złotą monetę, ale koleżanka M nie chce się dać wepchnąć na scenę karaoke.
Nikt inny też nie.
Trudno.
Tańce.
Tańce.
Tańce.
Zaczynam marzyć o odpoczynku, ale wyraźnie nie wykupiłam tej opcji.

Prezes ucieka przygotowywać prezentację klubu, reszta zostaje się integrować poprzez taniec.
W nocy postanawiamy z koleżanką M odprowadzić do Unieścia Kulistych i Wikingów.
Po czym Wikingowie dżentelmeńsko stwierdzają, że teraz muszą odprowadzić nas z powrotem.
Idziemy oblodzoną plażą, w śliskich butach zaliczam efektowny zjazd i gwałtowny kontakt z podłożem.
Po drodze zaprzyjaźniamy się z morsami przy ognisku, oraz uciekamy od jakiejś dziwnej ekipy, która próbuje częstować nas bimbrem i każe zamykać oczy.
Myślimy o morsowaniu po nocy, ale mamy coraz mniej siły.
I nocy.
Wikingowie wracają do domu.
Wyśpię się jutro.

SOBOTA: TAŃCE, BALIE, PREZENTACJE


Zaliczamy z koleżanką M eleganckie śniadanie i zbieramy siły.
Nadciąga reszta ekipy, zaciągam Panie na taniec przeciwko przemocy One Billion Rising.
Ćwiczyłam w domu, ale w głębokim piasku te piruety jakoś nie wychodzą, na szczęście prowadząca litościwie upraszcza układ.
Prezes trzyma fason na konferencji naukowej, my się bawimy, Panowie nam kibicują, wszyscy udajemy, że nie widzimy rozlicznych konkurencji sportowych na plaży.
Zatem monet nie mamy nadal.
Pocieszam się, że i tak byśmy nie dali rady wypić tej beczki piwa, która jest w nagrodę za największą ilość monet.
Pogoda dalej niezła, morsujemy, baliujemy, zaprzyjaźniamy się z klubami.
Wikingowie dają się zwabić w pułapkę fałszywemu Wikingowi, przez co mają mokre czapki.

W balii dopada nas telefon Prezesa, że zaraz zaczyna prezentację naszego klubu i mamy wspierać.
Wyskakujemy z balii, łapiemy w jedną rękę ręczniki, w drugą neopreny i lecimy przez deptak boso po śniegu, żeby się przebrać.
Dobiegamy na czas, więc może Prezes nie wyrzuci nas z klubu.
Chociaż koleżanka A podpada Prezesowi, bo nie zabrała swojej klubowej czapki.
Kibicujemy zjadając krówki Kaloryfera.
Kolega Ł, który nie wiadomo czemu też ma mokrą czapkę, organizuje efektowne suszenie metodą przemysłową.
Dopadamy Chajzera starszego, zmuszamy do ubrania naszej czapki i robimy pamiątkowe zdjęcie.

SOBOTA: KOLORY, PRZEBRANIA, UKRYTA OPCJA


Przy obiedzie kolejne spisywanie cudzych pomysłów, oczywiście, żeby mieć jeszcze lepsze w przyszłym roku.
Panuje przekonanie, że my im jeszcze pokażemy!
Choć na razie nie wiemy co.
Nasi panowie są nieco dziwni.
Dyskutują o odcieniach zieleni.
Mnie się wyrwała w rozmowie "tanksztela", mam nadzieję, że nie wyrzucą mnie z klubu za zakamuflowaną opcję niemiecką.

Biegając kłusem między atrakcjami mijamy co jakiś czas Pałac Morsowych Ślubów.
Nikt nie chciał wziąć ze mną ślubu.
Mam nadzieję, że tylko dlatego, że biegam szybciej, niż stosowni wiekiem absztyfikanci.
Muszę opracować strategię na przyszły rok.

Morsujemy, baliujemy do ostatniej balii.
Chociaż za to powinni nam dać monetę!

SOBOTA: BAL, TAŃCE, MAKIJAŻE


Malujemy się do balu, paniom zajmuje to 5 minut, po czym koleżanka A przez godzinę maluje Wikingów.
Ja usiłuję sobie przypomnieć, w jakiej bajce występowali Wikingowie.
Diablica, Myszka Miki i Czarownica są proste do odgadnięcia, wszyscy Panowie dość zagadkowi.

Bal na 1.500 osób.
Powinni rozdawać mapy z lokalizacją sektorów stołów, punktów wydawania jedzenia, a szczególnie szatni, ale dzielnie lokalizujemy wszystko sami, nawet jeszcze znajdujemy fotobudkę.
Wydawało się nam, że jesteśmy przebrani, ale patrząc na inne kluby – faktycznie, wydawało się nam.
Kolejny raz się pocieszamy, że za rok to my im pokażemy!
Wręczają dyplomy Rekordu Guinnessa, Prezes odbiera, my wspieramy.
Kolega Ł. wspiera bardziej, niż inni.
Marek Sierocki gra, a my:
Tańczymy.
Tańczymy.
Tańczymy.
Trochę trudno się tańczy w Kapeluszu Czarownicy, ale dajemy radę.
Wszyscy szaleją jak pijane zające.
Wreszcie odkrywam, że co prawda nie posiedzę, ale da się chwilę odpocząć stojąc z palaczami pod WC.
I wbrew pozorom jest tam więcej tlenu, niż na sali.
Po północy, jak już wszystkim się rozmażą makijaże, idziemy sobie zrobić zdjęcie do fotobudki.
O drugiej w nocy kończymy bal.
Wyśpię się w domu.

NIEDZIELA: PARADA, ŚPIEWY, KĄPIEL


Rano po śniadaniu zbieramy się na niedzielną paradę.
Kluby ustawiają się w określonej kolejności, Białe Misie za największą ilość zdobytych złotych monet idą pierwsze za orkiestrą i mażoretkami.
My się zgrabnie wkręcamy niewiele dalej.
Należało się nam, za najmniejszą pazerność na złote monety!

I znowu odkrywamy, że inne kluby są jakby bardziej przygotowane.
Za to my mamy swoją oryginalną przyśpiewkę i wywrzaskujemy ją do zdarcia gardeł, bo Prezesowi w megafonie wysiadła bateria.
Nasze „bzyku, bzyku” budzi powszechne zainteresowanie.

Docieramy na plażę, teren zagrodzony, pełno ochroniarzy.
Dumnie machamy nadgarstkami z opaskami, że to MY, NASZA impreza.
Ratownicy na quadach, skuterach wodnych i deskach surfingowych, oraz w strojach nurków co trzy metry w wodzie, dziewczyny prowadzące rozgrzewki na drewnianych podestach, Zygmunt Chajzer na scenie nadal w naszej czapce, orkiestra, ponad 3.200 morsów, w tym Zubilewicz, w Bałtyku, wszędzie flagi 55 klubów, ekipy telewizyjne, fotoreporterzy.
Jesteśmy szczęśliwi i upojeni zabawą (i sławą), tańczymy, morsujemy.
Ratownicy zamarzają w swoich profesjonalnych ubrankach i błagają Wikingów, żeby wreszcie wyszli z wody.
Rozumiem ich, też się kiedyś na Pogorii zagadałam w wodzie z Wikingami i trzy dni mnie telepało.

NIEDZIELA: POWROTY


Wracając z finałowego morsowania, przegonieni w ręczniczkach i neoprenkach przez ochroniarzy dookoła, odkrywamy, że Mielno jest piękne.

Koleżanka A dostaje pod opiekę wyroby krośnieńskiej fabryki szkła z GS-u w celu przerobienia ich na pamiątkowe puchary.
Kieszonkowe oczywiście.
Efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania.
Już nie żałujemy, że na oczy nie widzieliśmy złotych monet, mamy lepsze trofea.
Rozważam oddanie się w ręce koleżanki A w nadziei na równie spektakularne upiększenie.

Z przykrością odkrywamy, że to koniec, tylko żurek, kiełbacha i trzeba wracać do domu.
Wysypiam się.
I chcę wracać!

- - - - - -
Tajemnicza B: Beata Pawlak
Śródtytuły: od "redakcji".